Wydawało się, że znalazłem idealne miejsce na zrobienie zdjęcia Błotniaka Stawowego ale jednak codzienność pisze inne scenariusze. Sarenka (kozioł) była zaskoczona a ja jeszcze bardziej, można powiedzieć szła prosto na mnie… i gąsiorek do pary. Zapraszam do oglądania.
A bohaterami tego dnia były żołny…
Upał tego dnia był naprawdę wyjątkowy. Powietrze falowało tak mocno, że obraz drżał nawet przed naciśnięciem spustu migawki. W takich warunkach fotografowanie to zawsze wyzwanie — wszystko wydaje się uciekać, rozmywać, chować w drgającym gorącu. A jakby tego było mało… zapomniałem karty pamięci. Klasyk. Na szczęście niedaleko mieszka mój kolega Bartek, który dosłownie uratował wyprawę — pożyczył kartę, bez której nie zrobiłbym ani jednego ujęcia. Dzięki, Bartek!
Miejsce, w którym powstały te zdjęcia, leży niedaleko Bourg-Saint-Andéol i Pierrelatte — kawałek dzikiej, otwartej przestrzeni, gdzie natura wciąż gra pierwsze skrzypce. To naprawdę niesamowity teren, idealny dla miłośników ptaków i fotografii.
A bohaterami tego dnia były żołny — jedne z najpiękniej ubarwionych ptaków Europy. Smukłe, z długimi skrzydłami, z intensywnymi barwami żółci, zieleni, turkusu i brązu, wyglądają jak żywe pędzle zanurzone w palecie tropikalnych kolorów. Żołny to mistrzowie polowania w powietrzu — szybkie, zwinne, eleganckie. Specjalizują się w chwytaniu owadów w locie, szczególnie pszczół i os, które najpierw ogłuszają, a potem pozbawiają żądła o gałąź.
Czekałem na ten moment długo, w słońcu i gorącu, ale kiedy żołny zaczęły przelatywać nad piaskową skarpą, cała trudność nagle miała sens. Każde zdjęcie było małym zwycięstwem nad warunkami — i nagrodą za cierpliwość.
Jeśli ktoś szuka miejsca, które naprawdę potrafi zachwycić przyrodą, to okolice Bourg-Saint-Andéol i Pierrelatte mogę polecić z całego serca. A żołny… cóż, one same zrobią resztę.
Saint-May nie zawiodło…
Kolejna wizyta w Saint-May i kolejne niezwykłe doświadczenie. To miejsce wciąż zachwyca — tu sępy naprawdę są na wyciągnięcie ręki, a każdy krok prowadzi do nowych spotkań z majestatycznymi ptakami szybującymi nad doliną. Tym razem oprócz sępów udało mi się sfotografować także gadożera, który pojawił się niespodziewanie, dodając tej wyprawie jeszcze więcej magii.
Saint-May znów udowodniło, że jest jednym z najbardziej fascynujących zakątków do obserwacji ptaków drapieżnych. Zapraszam do obejrzenia zdjęć z tego wyjątkowego dnia — warto zobaczyć tę dziką potęgę z bliska.
Zatoka Elbląska – kwiczoły i błotniak zbożowy w naturalnej ciszy
Pewnego dnia w Rezerwacie Przyrody Zatoka Elbląska światło postanowiło być oszczędne. Nie rozpieszczało ani fotografa, ani matrycy. Zdjęcia wydają się przez to nieco niedopowiedziane, jakby brakowało im ostatniego akcentu.
Udało się jednak spotkać kwiczoły – czujne, ruchliwe, zanurzone w swoim świecie – oraz błotniaka zbożowego, cichy cień sunący nisko nad trzcinami. To nie było polowanie na idealne kadry. Bardziej na chwilę obecności.
Bo w fotografii przyrodniczej nie zawsze chodzi o światło, ostrość czy perfekcję. Czasem ważniejsze jest wyjście z domu, oderwanie się od codzienności i pozwolenie, by natura na nowo nauczyła nas oddychać. A te zdjęcia są właśnie zapisem takiego oddechu.
Nad wodą wśród ptaków – rzeka Nogat i Kanał Elbląski.
Ptaki krążące nad rzeką Nogat i wzdłuż Kanału Elbląskiego przypominają, jak wiele życia toczy się tuż obok nas — cicho, rytmicznie, bez pośpiechu. Każdy lot to chwila skupienia, każdy przysiad nad wodą to moment uważności.
Cały czas się uczę tego wszystkiego: cierpliwości, światła, obserwowania bez ingerencji. I cieszę się, że ta droga daje mi tak wiele radości.
Te zdjęcia są zaproszeniem, by zwolnić, wsłuchać się w naturę i odnaleźć własne chwile wytchnienia nad wodą.
Luty nad ujściem Wisły nie wybacza.
Było zimno, przenikliwie i surowo. Do tego padający śnieg, wiatr od wody i bardzo słaba widoczność. Warunki dalekie od idealnych — takich, które często zniechęcają, zanim jeszcze padnie pierwszy kadr.
Ale czy to przeszkodziło? Oczywiście, że nie. W fotografii przyrodniczej czasem trzeba walczyć do końca — z pogodą, z własnymi słabościami i z myślą, że „dziś się nie uda”.
I właśnie wtedy natura potrafi się odwdzięczyć. Dzięki tej wytrwałości mogłem wykonać swoje pierwsze zdjęcia gągołów, bielaczka i nurogęsi. Chwile krótkie, ulotne, ale warte każdego zmarzniętego palca.
Zapraszam do oglądania tych kadrów. A jeśli któryś z nich zatrzyma Cię na moment — zostaw komentarz. To zawsze dodaje sił do kolejnych wypraw.
Poranne perkozy.
Dzisiejsze spotkanie nad jeziorem było jak wejście w inny świat — cichy, spokojny, pełen delikatnych ruchów natury. Perkozy, jak zawsze, zachwyciły swoją elegancją. Ich smukłe sylwetki, spokojne ślizganie się po tafli wody i nagłe nurkowania tworzyły mały spektakl, który można oglądać bez końca.
To niezwykłe ptaki: zwinne, wytrwałe, mistrzowie w zanurzaniu się w głąb jeziora w poszukiwaniu pokarmu. Czasami znikały na tyle długo, że zdawało się, jakby jezioro całkowicie je pochłonęło — tylko po to, by nagle wynurzyć się kilka metrów dalej, z kroplami wody błyszczącymi w świetle.
Fotografowanie ich to lekcja cierpliwości i uważności. Trzeba wyczuć rytm, poczekać na odpowiedni moment, na odbicie światła, na ułożenie skrzydeł czy spojrzenie. Nad jeziorem czas płynie inaczej — wolniej, łagodniej, tak jakby Jezus zapraszał, by na chwilę zatrzymać się i zachwycić tym, co stworzył.
To nie tylko zdjęcia. To zapis poranka, który uczy, że piękno kryje się tam, gdzie potrafimy je dostrzec.
Wschód słańca nad Le Pouzin.
Gdzieś w lesie…
W samym sercu lasu, gdzie światło przeciska się między gałęziami jak ciche błogosławieństwo, ukryte są wodospady na rzece Le Charalon. To miejsce, którego łatwo nie dostrzec — skromne, niepozorne, a jednak pełne niezwykłej mocy. Woda spadająca po omszałych skałach tworzy rytm, który zdaje się mówić: „Zatrzymaj się. Popatrz. Posłuchaj.”
W codziennym biegu mijamy tak wiele cudów natury. A przecież to, co najcichsze, najdelikatniejsze, często niesie największe piękno. Te wodospady nie wołają o uwagę. One po prostu są — wierne swojemu miejscu, swojemu zadaniu, swojemu źródłu. Trzeba wejść w głąb lasu, zanurzyć się w samotności i pozwolić sobie na to, by je zobaczyć.
Stojąc tam, wśród szumu wody i zapachu wilgotnego mchu, poczułem wdzięczność. Za to, że istnieją takie zakątki. Za to, że mogę je oglądać. Za Tego, który stworzył świat z taką delikatnością, że nawet najmniejszy strumień potrafi stać się modlitwą. W tych chwilach ciszy łatwo zauważyć, jak natura prowadzi nas do dziękczynienia — nie słowami, ale obecnością.
Wodospady na rzece Le Charalon stały się dla mnie czymś więcej niż tematem fotografii. To lekcja uważności, zatrzymania i pokory. Przypomnienie, że piękno nie zawsze krzyczy. Czasem jedynie szepcze — i tylko od nas zależy, czy zechcemy je usłyszeć.
Nocne zdjęcie La Voulte
Noc w La Voulte ma swój własny rytm — cichy, spokojny, a jednocześnie pełen tajemniczego blasku. Gdy zapada zmrok, miasto zmienia twarz. Ulice, most i kamienice nad Rodanem zaczynają żyć światłem: latarni, odbić w wodzie, drobnych rozświetleń, które przebijają się przez ciemność jak małe, ciche zwycięstwa.
Fotografowanie tego miejsca nocą to jak obserwowanie subtelnej walki jasności z mrokiem. Każde światło tworzy własną historię, własny kadr, własny moment. Czerń nieba, kontrast lamp, odbicia na kamieniach i wodzie — to wszystko układa się w obraz, który można odczytywać na wiele sposobów. Noc nie jest tu tylko tłem. Jest partnerem dla światła, pozwalając mu zabłysnąć jeszcze mocniej.
W tych chwilach odkrywa się piękno, które za dnia pozostaje ukryte. Niezwykłą ciszę, która otula miasto. Spokojny oddech Rodanu. I tę szczególną atmosferę, w której człowiek czuje, że zatrzymał się w czasie, choćby na kilka sekund migawki.
La Voulte nocą to nie tylko miasto — to opowieść światła, które nie boi się ciemności, i ciemności, która potrafi wydobyć piękno ze światła.