Pójdźka w locie.

Nie było łatwo – siedziała dość daleko, na swoim ulubionym słupku, a odległość nie pozwoliła na idealne kadry. Mimo to udało się uchwycić moment startu i lotu, a takie chwile zawsze cieszą.

W fotografii przyrodniczej nie każde zdjęcie musi być perfekcyjne. Czasem największą wartość ma sam moment, który udało się zatrzymać na fotografii.

Zapraszam do oglądania kolejnych ujęć tej małej, ale niezwykle charakternej sowy.

Kolejna wizyta u pójdźek i kolejne obserwacje.

Tym razem miałem już pewność, że warto czekać właśnie przy tym drzewie. To tutaj udało się wykonać dzisiejsze zdjęcia. Nie były to może najbardziej spektakularne chwile, ale każda kolejna obserwacja pozwala lepiej poznać te niezwykłe sowy.

Dowiedziałem się również czegoś nowego – to nie jeden ptak, lecz para pójdźek. Na razie nie potrafię jeszcze rozpoznać, która z nich jest samcem, a która samicą. Zauważyłem jednak pewną różnicę. Jedna z nich ma prawdopodobnie chorą lub uszkodzoną nogę i często odpoczywa stojąc tylko na jednej. Druga, gdy pojawiła się na drzewie, wybrała miejsce nieco wyżej.

Niestety nie udało mi się uchwycić momentu „zmiany wachty”, kiedy jedna zastępuje drugą. Może następnym razem będę miał więcej szczęścia.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć i dziękuję, że nadal śledzicie tę historię. Każda kolejna wizyta przynosi coś nowego.

Kolejny dzień z pójdźką i kolejny mały krok w poznawaniu jej świata.

Po kilku dniach obserwacji zaczynasz dostrzegać rzeczy, które wcześniej wydawały się przypadkowe. Także trzeba podkreślić wywiad środowiskowy, to ludzie którzy tam mieszkają na codzień. Trzeba pytać, zapamiętywać i czekać. Nagle okazuje się, że pewne miejsca nie są wybierane przez ptaki bez powodu. Jest słupek, na którym siadają częściej. Jest fragment łąki, który regularnie patrolują. Jest też drzewo.

Tak, właśnie to drzewo.

Kiedy pierwszy raz zauważyłem na nim pójdźkę, pomyślałem, że to przypadek. Potem zobaczyłem ją tam ponownie. I jeszcze raz. Potwierdzają to tez mieszkańcy, że to jeden z jej ulubionych punktów obserwacyjnych.

Od tego momentu plan był prosty. Przyjechać wcześniej, znaleźć odpowiednie miejsce, usiąść i czekać.

I właśnie ta ostatnia część jest najtrudniejsza.

Fotografia przyrodnicza bardzo rzadko wygląda tak, jak pokazują to media społecznościowe. Znacznie częściej jest to siedzenie w ciszy, obserwowanie pustych gałęzi, nasłuchiwanie każdego ruchu i ciągłe zadawanie sobie pytania: „Czy dziś się pojawi?”.

Czasami czekasz godzinę i nic się nie dzieje. Czasami dwa dni z rzędu wracasz bez zdjęcia. A czasami nagle dostrzegasz znajomą sylwetkę na gałęzi i wszystkie wcześniejsze godziny nabierają sensu.

Dzisiejsze zdjęcia pochodzą właśnie z takiego oczekiwania. Nie są idealne. Nie są wyjątkowo spektakularne. Ale kiedy na nie patrzę, widzę coś więcej niż tylko małą sowę siedzącą na drzewie. Widzę miesiące szukania, obserwowania i uczenia się jej zwyczajów.

I chyba właśnie dlatego cenię je najbardziej.

Kolejny dzień i kolejna przygoda z pójdźką.

Publikując następne zdjęcia tej małej sowy, nie chcę jedynie dodawać kolejnych kadrów do galerii. Chciałbym pokazać drogę, która prowadzi do ich wykonania. Bo fotografia przyrodnicza to często nie pojedyncze zdjęcie, ale tygodnie, a czasem miesiące obserwacji, prób i cierpliwego czekania.

Nie zawsze wszystko układa się tak, jak zaplanowaliśmy. Wychodzimy w teren z konkretnym pomysłem, a wracamy bez zdjęcia. Tak było również w przypadku pójdźki. Minęło kilka miesięcy, zanim udało mi się odkryć miejsca, gdzie można ją spotkać. A samo znalezienie odpowiedniej lokalizacji było chyba równie trudne, jak późniejsze wykonanie zdjęć.

Potem przyszedł czas na poznawanie jej zwyczajów. O której godzinie pojawia się najczęściej? W jakiej porze roku jest najbardziej aktywna? Na którym słupku lubi przesiadywać? Które drzewo wybiera jako punkt obserwacyjny? Takie szczegóły robią ogromną różnicę.

W tym przypadku musiałem też zdobyć zaufanie właścicieli farmy koni, poznać miejscowe psy i nauczyć się poruszać po terenie tak, by nikomu nie przeszkadzać. Bywały momenty, kiedy czułem się bardziej obserwatorem codziennego życia gospodarstwa niż fotografem. Czasami miałem wręcz wrażenie, że to ja podglądam ludzi, a nie dziką przyrodę.

Ale właśnie to jest piękne w tej pasji. Każde zdjęcie ma swoją historię. Każdy kadr jest efektem wielu małych kroków, których nie widać na fotografii.

Dzisiejsze zdjęcia może nie są najostrzejsze i daleko im do ideału, ale są częścią tej historii. A ja bardzo się cieszę, że mogę ją z Wami dzielić.

Dziękuję, że jesteście tutaj i że towarzyszycie mi w tych małych fotograficznych przygodach.

Spotkanie z PÓJDŹKĄ…

Pójdźka. Niewielka sowa, którą wielu zna ze zdjęć, ale znacznie mniej osób miało okazję spotkać ją w naturze.

Od dawna marzyłem o sfotografowaniu tego gatunku. (raz mi się udało) Wbrew pozorom odnalezienie sowy nie jest łatwe. Większość z nich prowadzi skryty tryb życia i jest aktywna głównie nocą. Pójdźka daje fotografowi nieco większe szanse, ponieważ często można ją obserwować także w ciągu dnia. Nie oznacza to jednak, że sama pojawi się przed obiektywem.

Po wielu wyjazdach, obserwacjach i nieudanych próbach w końcu udało się ją namierzyć. Zdjęcia, które dziś pokazuję, nie należą do moich najbardziej spektakularnych kadrów. Publikuję je jednak z innego powodu. Chcę pokazać, że fotografia przyrodnicza to nie tylko efekt końcowy, ale przede wszystkim droga prowadząca do wymarzonego spotkania.

To początek historii. Każde kolejne wyjście w teren przynosiło nowe doświadczenia, lepsze poznanie zachowań ptaka i coraz ciekawsze fotografie. Tak właśnie wygląda ewolucja fotograficznego „polowania” – od pierwszego dostrzeżenia celu, przez naukę jego zwyczajów, aż po zdjęcia, które naprawdę oddają charakter gatunku.